W dniu 19 czerwca br., na pokład gdańskiego jachtu STS „Generał Zaruski” wsiadła pokaźna grupa kobiet w różnym wieku, ale ze wspólnym doświadczeniem choroby nowotworowej. Wszystkie były podopiecznymi gdańskiego oddziału Akademii Walki z Rakiem działającej przy Fundacji Hospicyjnej i właśnie zaczynały realizację swojego marzenia - dwudniowego rejsu po wodach Zatoki z cumowaniem w Helu.

- Swoje marzenia trzeba spełniać, prawda? - ten retoryczny zwrot podczas rejsu słyszałam bardzo często. Na szczęście nikt nie czekał na niczyją odpowiedź. Osiemnastka Pań w trakcie leczenia przeciwnowotworowego lub z jego historią na koncie rozmowy o oczywistościach miała dawno za sobą.  

Na nabrzeżu mariny Sienna Grobla żegnał Je wiceprezydent Miasta Gdańska Piotr Kowalczuk, Alicja Stolarczyk, prezes Fundacji Hospicyjnej oraz foundraiserka Fundacji Beata Łopatniuk, dzięki której zaangażowaniu wyprawa zyskała dodatkowy napęd. Pomysłodawczyniami rejsu były Violetta Wensierska i Anna Kazimierczak, w przeszłości same chore, a teraz uczestniczki rejsu, które z nieprawdopodobnym oddaniem doprowadziły do jego realizacji. - Pomysł narodził się w zeszłym roku, w listopadzie, ale prawdziwych kształtów nabierać zaczął w tym roku - słyszę następnego dnia na pokładzie. - Prace trwały prawie do ostatniej chwili.

Tuż przed zejściem na wodę uczestniczki odbyły szkolenie pod okiem Marzeny Grochowskiej, zaprzyjaźnionej z Fundacją Hospicyjną trenerki rozwoju osobistego, której pokłady pozytywnej energii wciąż wprawiają nas w osłupienie. Największe wrażenie na wszystkich wywarło ćwiczenie z walizką pełną różnych przedmiotów. Każda z uczestniczek miała znaleźć wśród nich ten, który najlepiej oddawał sens wyprawy i najwięcej mówił o niej samej. Każda dostała też plik karteczek z zadaniami na rejs i uściski od wszystkich żegnających. Parę godzin później wzruszony Piotr Kowalczuk napisał na facebooku: „Ich historie wystarczyłyby na tomy książek i tysiące reportaży. Czapki z głów!  Dzięki takim spotkaniom rozum wraca na swoje miejsce”.

„O - ho, ho! Przechyły i przechyły...”. Nie, nie pierwszego dnia. Jakby morze wyczuło, że na jego wody wypłynęły w większości niedoświadczone żeglarki (choć wyjątki były) i tafla przypominała jezioro. Ponieważ rejs miał mieć charakter szkoleniowy, a przynajmniej takie zachowywać pozory, więc oprócz podstawowych informacji na temat, co i gdzie jest na jachcie oraz w jaki sposób bezpiecznie z niego korzystać, podzielone zostałyśmy na cztery wachty i wtajemniczone   w podstawy obsługi jednostki. Załoga w składzie: kpt. Jerzy Jaszczuk oraz oficerowie: Piotr Królak i Adam Walczukiewicz  na czas rejsu stali się członkami grupy. Otwarci, serdeczni, z poczuciem humoru - takimi pozostaną we wspomnieniach nas wszystkich. Tak jak kapitańskie słowa: „ I jak tam dziewczynki...?”, za którymi, oprócz poczucia starszeństwa czuło się też podziw dla młodości ducha pasażerek „Generała”.

Co się robi na morzu? Na morzu stawia się żagle, pilnuje steru (brawo Agnieszka!!), rozmawia się i je. A potem znowu trzeba coś zjeść... Zwłaszcza jeżeli w kuchni czekały dwie blachy świetnej drożdżówki podarowanej przez piekarnię Kidzińscy, lodówka zamykała się z trudem, a w papierowych torbach piętrzyły się stosy tzw. zieleniny, w które rejsowiczki zaopatrzyła Maria Fall-Ławryniuk, dietetyczka i fizjoterapeutka Akademii Walki z Rakiem. Maria była z nami i wieczorkiem, po obiedzie w helskiej Maszoperii i cudownej wizycie w helskim fokarium, urządziła na pokładzie konkurs na najlepszą sałatkę. Jak wiadomo najlepsze są z tego, co się „nawinie”, a na zaimprowizowanym stole aż oczy bolały od kolorów: papryk, pomidorów, rzodkiewek, kiełków, ziaren, różnych przypraw, serów...Sałatki wyszły... mmm, jakie dobre, i to w ilościach hurtowych.

Po takiej uczcie kto by chciał spać? Jednak zamiary trzeba mierzyć podług sił, więc się rozdzieliłyśmy i mniejsza grupka poszła na wieczorny obchód miasteczka, a większa ruszyła w stronę cypla, tam gdzie Półwysep się kończy. Miałyśmy wrażenie, że znamy się już od tygodnia. Co najmniej. Wieczorna, właściwie już nocna wspólna gimnastyka na plaży, a potem wizyta w otwartym plażowym barze, tej integracji dopełniły. Na jachcie  stawiłyśmy się grubo po północy, ale to nie koniec atrakcji. Noc była czerwcowa, ciepła, gwiazdy jak w sierpniu, tysiące, więc część rozłożyła śpiwory na pokładowych deskach i... zaczął się koncert. Chyba jeden z bardziej niezwykłych koncertów, w których dane było nam uczestniczyć. Na hangdrumie zagrała go Aroma, jedna z uczestniczek, z zawodu również muzykoterapeutka. Tyle o tym, bo brakuje słów.

Kolejny dzień, dla niektórych rozpoczęty pobudką o 4.00 (wschód słońca o 4.07), to kolejna dawka dobrych, ciepłych wrażeń. Wspólne posiłki, gimnastyka na plaży, zawody we freesby, a poza konkurencją puszczanie baniek. Rozmowy, rozmowy, rozmowy. Już na morzu obiecane przechyły i... przechyły (bo tym razem wiało), a na nabrzeżu witający Bliscy.

 Hasło rejsu brzmiało „Wiatr w żagle”. Chyba dostałyśmy go wszystkie.

 

Dziękujemy wszystkim osobom i firmom, które wsparły realizację projektu.

Dzięki szczodrości Oceanic SA i L’biotica oraz Vision express mogliśmy uczestniczkom wręczyć na jego początku miłe upominki.

Dzięki przychylności Promostars Panie otrzymały kurtki, spodnie dresowe oraz polary i czapki.

Dzięki uprzejmości prof. dr. hab. Andrzeja Letkiewicza, prezesa Fundacji Rozwoju UG, uczestniczki mogły nieodpłatnie zwiedzać helskie Fokarium.

O rękawiczki, niezbędne podczas prac na jachcie, zadbała firma VeloSport Janusz Etgens.

Firma Haftwear Gdańsk Marcin Kiedrowski nieodpłatnie umieściła napisy na koszulkach uczestniczek.

 

Przekaż darowiznę online

kwota:

Zamów kartkę!

Kampania

Fundacja Hospicyjna

Konto
72 1540 1098 2001 5562 4727 0001
KRS 0000 201 002

Dołącz do TUMBOteamu!

Księgarnia