5 października 2017 r. miną trzy lata od śmierci znanej aktorki Anny Przybylskiej, którą opiekował się zespół Hospicjum im. ks. E. Dutkiewicza w Gdańsku. Magda Małkowska, redaktor kwartalnika "Hospicjum to też Życie", przeprowadziła rozmowę z Jej mamą, Panią Krystyną Przybylską. Zapraszamy do przeczytania tego niezwykłego wywiadu pełnego szczerych wyznań.

 

 

Najpierw spotkałyśmy się w Hospicjum. Po blisko 3 latach od śmierci Ani przyjechała tu po raz pierwszy i po raz pierwszy weszła do pokoju, w którym Jej córka spędziła parę dni. Krystyna Przybylska, mama Ani Przybylskiej,  która w październiku 2014 roku zmarła na nowotwór, będąc pod opieką Hospicjum im. ks. Dutkiewicza, na rozmowę zgodziła się bez wahania. Chociaż i wtedy, i kilka tygodni później, już w Jej mieszkaniu na gdyńskim Obłużu nie kryłam, że rozmawiać będziemy o śmierci i o żałobie. Od razu usłyszałam, że żałoba po Ani nie skończy się nigdy.

MM: Damy radę?

KP: Damy radę.

MM: A w ogóle Pani daje radę?

KP: Jest ciężko, ale muszę. Po pierwsze mam dla kogo żyć. Jest druga córka Agnieszka, mąż, siostra, siostrzeniec, przede wszystkim jednak są wnuki.

MM: Jak wygląda życie po życiu Ani?

KP: Trochę pracuję na umowę o dzieło, jestem między ludźmi. Ciąglę się czymś zajmuję. A poza tym zawsze miałam duszę społecznika, tak mnie wychowano. Od wczesnej młodości miałam świadomość, że dzisiaj może i jest dobrze, ale jutro tak być nie musi. Pomoc drugiemu człowiekowi była częścią mojego życia, a teraz wypełnia mi pustkę. Pomagając innym pomagam sobie, to jest moja autoterapia. Chociaż tak naprawdę nic i nikt nie jest w stanie zastąpić mi zmarłej córki.

MM: Wnuki nie zastępują, ale wypełniają brakujące miejsce.

KP: Tak, wnuki dają zajęcie. Wciąż coś planujemy, gdzieś wyjeżdżamy. Organizacja sportowych zajęć, wyjścia do kina, wspólne gry, jest co robić. Często u nich jestem, chociaż proszę wierzyć, czasami ciężko jest mi tam iść. W tym domu Ania spędziła swoje ostatnie miesiące życia.  

MM: Ile wnuki mają lat?

KP: Oliwka ma 15, Szymek – 11, a Janek idzie zerówki, skończył 6 lat.

MM: To są trzy różne światy.

KP: Wiekowo i z charakteru. Każde jest inne, ale są bardzo za sobą. Jest jeszcze Miłosz, syn starszej córki Agnieszki, to razem już cała gromadka.

MM: Pytają się o mamę?

KP: Tak, często o niej rozmawiamy, z każdym trochę inaczej, najczęściej na wesoło. Oliwia bardzo mi przypomina Anię, zwłaszcza kiedy się denerwuje. Dopytuje się, jaka mama była. Kiedyś mi powiedziała: „Babciu, jaką masz gładką skórę. I pachniesz moją mamą”. Powiedziałam jej wtedy, że ona pachnie moją córką. O, tak sobie rozmawiamy. Podobnie Szymon, który był do Ani niezwykle przywiązany. Jaś też kojarzy, zauważa, że mam jej zdjęcie w telefonie. W jego główce także coś zostało.

Odtwarzamy wspólne nagrania, filmy, są zdjęcia, cały dom obwieszony jest zdjęciami. Chodzimy razem na cmentarz, ale tam ich zostawiam samych, kilka grobów dalej leży mój szwagier. Widzę, jak trzymają się za ręce i pewnie jakoś im wtedy lepiej. Wiem, że bardzo za mamą tęsknią, chociaż tego nie pokazują. Często czuję, że chcieliby się do niej przytulić.

MM: Albo z nią pokłócić.

KP: Albo pokłócić. Ani ja, ani ich tata jej nie zastąpimy. Chociaż w tatę dzieci są wpatrzone, one go dosłownie wchłonęły. Jest ich bogiem i carem. To zaczęło się, kiedy jeszcze Ania żyła. Pamiętam, że kiedy zgoliła włosy, Jaś to bardzo przeżył i nie odstępował Jarka o krok.

MM: Czy przed śmiercią Ani rozmawialiście z nimi o tym, że mama może umrzeć?

KP: Nie. Najstarsza Oliwka miała wtedy 12 lat. Choroba trwała 1,5 roku. Ania wyjeżdżała do Szwajcarii, Ameryki, zmieniała się fizycznie, ale wciąż mieliśmy nadzieję, że z tego wyjdzie. Ja też, mimo że byłam doświadczona odchodzeniem innych członków rodziny. Dzieci nie przygotowywaliśmy na śmierć mamy w żaden sposób, Anię też oszczędzaliśmy.

MM: Żałuje tego Pani?

KP: Tak, czasami bardzo, chociaż dzieci oczywiście wiedziały, że z mamą jest źle. Pamiętam, że raz Oliwka zapytała, czy mama umrze, a ja odpowiedziałam wymijająco. Teraz, z perspektywy czasu wiem, że zwyczajnie od tej ważnej rozmowy uciekłam. Tylko że ja sama nie dopuszczałam myśli o śmierci.

MM: Powiedziała mi Pani wcześniej, że Ania miała dobrą śmierć.

KP: Tak, chociaż może w mediach to źle zabrzmi. Nie było mi dane być przy odchodzeniu  rodziców i mojego pierwszego męża. Ani towarzyszyliśmy we trójkę, z Jarkiem i z Agnieszką. Z soboty na niedzielę przyjechała do nas Ela Skowrońska, pielęgniarka z Hospicjum Dutkiewicza, i namawiała do powrotu do domu i odpoczynku. Jednak  Ania prosiła, bym została, a w niedzielę o 15.18 po prostu zasnęła. To był ból nie do zniesienia, jednak za nic nie dałabym sobie tego widoku odebrać. Była w czapeczce, którą kupiła na ostatnich zakupach trzy dni wcześniej. Myślę, że czuła naszą obecność. Biegu wydarzeń się nie odwróci, ale najważniejsze, że przy niej byłam. Kiedy na chwilę zostałyśmy same, obiecałam jej, że zadbam o dzieci i by o nic się nie martwiła. Wydawało się, że nie ma już świadomości, z trudem łapała powietrze, jak mały ptak, ale wtedy, jakby w reakcji na moje słowa, z oczu popłynęły jej dwie łzy. Już kiedy umarła, przyjechała Oliwka z Szymkiem i mieli czas na pożegnanie z mamą.

MM: Ania otoczona była też dobrą opieką ze strony hospicjum...

KP: Nie dobrą, ale cudowną. Chciałabym podkreślić, że Ania była tylko i wyłącznie pod opieką gdańskiego Hospicjum Dutkiewicza, nie żadnego innego. Kiedy tam weszłam po raz pierwszy, zrobiło na mnie wrażenie pałacyku: te schody, przytłumione światło, kominek, pokój Ani. W tym hospicjum spotkaliśmy się z nieprawdopodobną życzliwością pielęgniarek, lekarzy, całego personelu, ale i wolontariuszy. To są niezwykli ludzie, chylę przed nimi czoła. Zawsze, ile starczy mi sił, będę wspierać te dwie placówki: gdyńską Bursztynową Przystań, bo jest po sąsiedzku, a ja już bardziej jestem kaszubką niż krakowianką, i gdańskie Hospicjum Dutkiewicza. Ze względu na pomoc, jakiej udzielaliście mojej Ani. Zawsze denerwuję się, kiedy słyszę negatywne opinie o osobach, które postanowiły oddać swoich bliskich pod opiekę hospicjum. W przypadku Ani dawaliśmy sobie radę, oczywiście korzystając ze wsparcia hospicjum domowego, w przypadku mojego szwagra już nie. Umarł w hospicjum. To są placówki, które bardzo ludziom pomagają. Akcje charytatywne są ważne, ale największe serce jest tam, przy łóżku chorego.

MM: Czy pamięta coś Pani z pogrzebu?

KP: Bardzo niewiele. Czasem włączam sobie nagrania w internecie, słucham, kto co mówił. Tamtego dnia nawet nie zdawałam sobie sprawy, ile ludzi chciało pożegnać moją Anię. Jeszcze przed pogrzebem postanowiłam, że poproszę, by pieniądze przeznaczone na ewentualne kwiaty podarować podopiecznym Bursztynowej Przystani. Efekt przerósł wszelkie oczekiwania.  Miesiąc przed śmiercią oglądałyśmy z Anią reportaż o hospicyjnych dzieciach. Była pod wrażeniem. Do dzisiaj pamiętam Jej słowa: „Zobacz, ja trochę życia przeżyłam, a te dzieci?”. Myślę, że Ania z tego mojego pomysłu byłaby dumna.

MM: Co zostało po Ani?

KP: Jej testament życia był prosty, skupiał się na tym, co wyniosła z domu i przekazała dzieciom: kochać swoją rodzinę, być zawsze pogodnym i pomagać innym. Ludzie kochali ją nie tyle za talent, ile za osobowość. Pamiętam, że kiedy spotykały się u mnie z Agnieszką, siadały na podłodze i zaczynały się wspomnienia, wspólne wygłupy. To były takie urocze chwile, bardzo mi ich brakuje. Dzieci widziały, jak się kochają i tę więź kontynuują między sobą.

MM: Odwiedziła nas Pani podczas rodzinnego festynu z okazji początku lata.

KP: Już kilkakrotnie przymierzałam się, by do was przyjść, ale nie miałam odwagi. Jestem bardzo wdzięczna za zaproszenie. Do Gdańska się nie przeniosę, ale jesteście mi bardzo bliscy. Będę was zawsze wspierać, z całego serca. W ten sposób moja Ania będzie trochę żyła.

Rozmawiała Magda Małkowska

Wywiad ukazał się w kwaralniku "Hospicjum to też Życie"  nr 2017 (51) 3

Przekaż darowiznę online

kwota:

Zamów kartkę!

Kampania

Fundacja Hospicyjna

Konto
72 1540 1098 2001 5562 4727 0001
KRS 0000 201 002

Dołącz do TUMBOteamu!

Księgarnia